niedziela, 17 kwietnia 2011

Wyjazdowo

Weekend spędziliśmy w górach, w ośrodku przyjaznym rodzinom z małymi dziećmi. Przez dwa dni mieliśmy zapewnione pełne wyżywienie (i to w ilościach raczej odpowiadających potrzebom osób ostro jeżdżących na nartach, a nie spacerujących wolno po parku), więc dziś będzie o naszych przemyśleniach na temat BLW w restauracji. Nasz poligon doświadczalny był o tyle nietypowy, że cała jadalnia była pełna rodzin z niemowlakami, przy każdym stoliku stało wysokie krzesełko, a obok nakryć rodziców leżał frottowy śliniaczek dla dziecka.

Po pierwsze - jeśli tylko dać dziecku odpowiednie jedzenie do ręki, to potęga BLW ujawnia się z całą siłą. Mała dostała kolejno dwie ćwiartki gruszki (zjadła je w całości, tzn. nie zostawiając żadnych resztek), a my mogliśmy spokojnie zjeść śniadanie. Kolejny miniaturowy banan zapewnił nam chwilę wytchnienia przy obiedzie. Bardzo nam się to podobało.

Po drugie - mimo wszystko ciężko jest w nie-domowych daniach znaleźć coś dla tak małego dziecka. Nawet z baru sałatkowego nadał się tylko pomidor i duszony bakłażan. Reszta albo słona (oliwki, pikle), albo za twarda (sałaty, surowa marchewka). Ze śniadania - niby kawałek sera żółtego albo jajecznicy mógłby być - ale nie wzbudzały w Małej zbyt dużego zainteresowania. Cała reszta już była przyprawiona, albo przygotowana jakoś wg mnie "za dorosło" i - choć naprawdę smaczna - nie dla córki.
(W ośrodku można było oczywiście wykupić wyżywienie również dla dziecka, wtedy pewnie dostaje się lepiej dostosowane rzeczy - ale zważywszy wiek Małej nie miało to żadnego sensu).

Za to po raz pierwszy (i tutaj wychodzi, jak bardzo niewyrobieni restauracyjnie jesteśmy ;) ) bardzo nam się przydaly białe lniane serwetki, co to je podają obok nakrycia. Wreszcie nie leżały bez sensu na kolanach, tylko rzeczywiście chroniły przed tym, co Małej z łapek wypadało :)

Mieliśmy ze sobą awaryjny pojemniczek z owocami (bananki, gruszki, śliwki), który się mocno przydał. Eh, miałam mocny zamiar nie zaczynać zbyt szybko ze słodkim, ale (cóż za niespodzianka!) Mała owoce uwielbia. No i są prostsze w obsłudze. I łatwo je przechowywać. Zjadają się bez bałaganu. Same zalety. Tak więc na podróż są fajne. W domu będę musiała uważać, żeby dawać urozmaicone jedzenie ze zdecydowaną przewagą warzyw.

A na koniec przygoda, którą wspominam z mieszanymi uczuciami. Nie wiem, czy świadczy o naszej nieuważności rodzicielskiej czy może ma właśnie pozytywny wydźwięk? Na sobotnią obiadokolację przyszliśmy głodni (my, rodzice) i zmęczeni (cała nasza trójka). A tam sałatka, zupa... A Mała niespokojna. W końcu przy głównym daniu wzięła w ręce swoją połówkę śliwki i sobie spokojnie je. Je? Patrzę, a córka ma oczy zamknięte i śpi, siedząc wyprostowana, oparta plecami o tatę, cały czas jeszcze wessana w śliwkę. Biedne, zmęczone maleństwo. Przespała tak już do rana. Ot, owocowy substytut piersi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz