Zaczęliśmy nieśmiało na tydzień nim Mała skończyła 6 miesięcy. Nam się nie spieszyło, ale jej - bardzo. Po tym jak podkradła tacie papierową serwetkę z zamiarem jej skonsumowania zdecydowaliśmy się podać jej coś jadalnego, ale bezpiecznego. I chyba słusznie, bo i nasze wspólne posiłki stały się łatwiejsze. Mała siedząca na kolanach któregoś z nas była w pełni pochłonięta "jedzeniem", tak więc i my oboje mogliśmy spokojnie jeść - oczywiście cały czas czujnie obserwując, jak córka sobie radzi.
Eksperymentowaliśmy przy kolacji, która jest naszym wspólnym rodzinnym posiłkiem w dni pracy. Na pierwszy ogień poszły: zielony ogórek - i słupki i bardzo grube plasterki, paski papryki (czerwona i żółta), nić szczypiorku, kawałek awokado, skórka z chleba domowej roboty. Oczywiście nie jadła tego, tylko albo ssała i dziamdziała dziąsłami, albo (awokado) rozsmarowywała po wszystkim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz