Dziś sobota, dzień wolny dla całej rodziny, więc i śniadanie jemy we trójkę. Z różnych względów postanowiłam powoli wprowadzać gluten i nabiał - tzn. poczekać jeszcze parę dni z kolejną próbą. Nie jest to pewnie konieczne, ale jakoś mi siedzi ta ostrożność w głowie. Tyle tytułem wytłumaczenia, dlaczego Mała dostała tuńczyka luzem, a nie na kanapce jak rodzice :)Śniadanie: kawałek papryki, tuńczyk (w sosie własnym, bez konserwantów, tzn. tylko solą konserwowany), żółta śliwka.
Uwagi: Niesamowicie jest patrzeć, jak dziecko doskonali swoje umiejętności manualne. Po kilku próbach papryka nie stanowi już żadnego problemu. Mała pewnym ruchem chwyta słupki i wkłada sobie do buzi (choć oczywiście papryka jest jeszcze poza zasięgiem "gryzieniowym" - za to do possania doskonała). Ponoć udało jej się złapać tuńczyka chwytem pęsetowym; raczej przez przypadek, bo to nie ten wiek. Tuńczyk stanowi też niezłe wyzwanie, jeśli chodzi o ćwiczenie mięśni jamy ustnej. Siedziałam naprzeciwko córki i mogłam obserwować, jak obraca językiem kawałki ryby, przesuwa je w buzi, a następnie wypluwa (wysuwa z ust razem ze śliną). Czasem z przerażeniem czekam, aż się zacznie krztusić, ale ona spokojnie, powoli radzi sobie z niechcianymi kawałkami.
Śliwka! Owoce w ogóle są fajne. Nie sądzę, by chodziło o to, że są słodkie, bo córka z ogromnym zainteresowaniem rzuca się na bardzo różne smaki. Ale sam kształt i miękkość! Takie pół śliwki można chwycić w dwie łapki, unieść do buzi, przytrzymać dziąsłami i obrabiać przez 15 minut, aż zostanie prawie płaska skórka z resztkami miąższu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz