Drugie śniadanie: ziemia z kwiatków.
Podwieczorek: książka telefoniczna.
Uwagi: Jak się możecie domyślić, powyższe posiłki nie były zgodne z moim planem, to wyłączna inwencja Małej. Muszę przyznać, że nie do końca mnie zachwyciła - może nie sama inwencja, co jej kierunek. Z kwiatkiem to była wręcz klasyczna historia: poszłam do łazienki, córka bawiła się na środku dywanu. Nagle słyszę ciszę. Niedobrze - myślę. - Coś się święci. Szybko wychodzę, a Mała klęczy przed doniczką w kącie, do którego nigdy wcześniej nie zaglądała i garściami wyjada ziemię. Naprawdę garściami. W tym momencie ksążka telefoniczna (i tak spisana na straty) wydała mi się niewinną przegryzką.
Nie jestem dumna z tego wpisu.
Wiem co czujesz - u nas gałka muszkatałowa dzisiaj poszła w ruch - na szczęście wszystko zjadły panele :).
OdpowiedzUsuńJak dla mnie - luz. Ja się juz nawet cieszę, jak Antek je brud z podłogi. Wszak to mniej sprzątania dla mnie...
OdpowiedzUsuń